GDYBYM ZAMIESZKAĆ MIAŁ

Gdybym zamieszkać miał jeszcze w Warszawie,
co kiedy piszę, spazm wzruszenia dławię,
chciałbym zanurzyć się znów w elemencie,
którym nasiąkłem gdy byłem dziecięciem.
To się wydaje niemożliwe prawie.

Widzę Warszawę, śpiesząc na jej łono,
jakże tę samą, i jakże zmienioną.
Znajome miejsca i znajome szlaki
tchną dziś innością, aż do niepoznaki.
Zastygnąć w czasie im nie pozwolono.

A ja bym chciał mieć wolę i ochotę,
choć to zakrawa na szczerą głupotę,
by tak jak kiedyś, kiedy byłem młody,
i przeżywałem dziecinne przygody,
zobaczyć dawne Wolę i Ochotę.

Błądzić wśród ulic Żoliborza, Pragi,
w Śródmieściu hulać bez trosk, bez rozwagi,
na Wilczej, Kruczej, Tamce. Na Frascati.
Mon Dieu, quel dommage! To se už ne vrati.
To fakt, niestety, prawdziwy i nagi.

Warszawa pragnie, jak modna niewiasta,
zawsze być piękna, i takąm ją zastał:
unowocześnia swą architekturę,
nowe dzielnice tworzy, rośnie w górę.
Inne mi wielkie przypomina miasta.

Jednak nowości też mnie niepokoją,
bo za Warszawą tęsknię. Za tą moją.
Jak w innych miastach, tak już i w Warszawie,
niczym turysta, wszystkim się ciekawię.
Jak w innych miastach, czuję się nieswojo.

Lśniące witryny chwytające oko,
sukces, i wiara weń tkwiąca głęboko,
komercja, tempo. To mnie onieśmiela.
Czy w takim mieście znajdę przyjaciela?
Myślę, że kryje się pod tą powłoką.

Bo przecież w głębi zawsze ma Warszawa
gorące serce ("nasz naród jak lawa"!).
Jeśli otworzy je dla mnie jak matka,
puści w niepamięć mej włóczęgi latka,
wnet Warszawiakiem znów się będę stawał.

Z powrotem