SPA
Idę do łazienki
jakby do Islandii,
albo jak do Nowej,
powiedzmy, Zelandii.
Zamiast ryzykować wojaży udręki,
ja tylko otwieram drzwi do mej łazienki.
Zelandia jest Nowa,
Islandia jest stara,
ale nad obiema
unosi się para.
W ich gorących źródłach dobrze się zanurzyć,
a już najprzyjemniej po jesiennej burzy.
Toteż nie mieszkając
w wannie kran otwieram.
Tryska z niego ukrop
całkiem jak z gejzera.
Ukrop mnie rozgrzewa, tak z tyłu jak z przodu,
a ja zimne piwo piję prosto z lodu.
Poty na mnie biją
po raz nie wiem który.
Strzępy białej piany
są jak śnieżne góry.
Krajobraz - niebiański, gorąco - piekielne.
Na szczęście dno wanny gładkie jest i szczelne.
Grunt mam w każdym miejscu,
a więc się nie boję,
spa zażywam do dna
z głębokim spokojem.
Gdzieś tam mają sauny, gdzie się rózgą chłoszcze.
Korzystałem nieraz, ale nie zazdroszczę.
Jedynie w kąpieli
gorącej, bez rózgi,
mogą odpoczywać
ciała oraz mózgi.
Spa goi i koi, i w takich przypadkach
spamiętać jest warto co mówiła matka.
Są trzy wymagania
dla radości ze spa:
by w spa się nie sparzyc,
nie spaprać, i nie spać.
Gdy już dość jest ciepła, i piętom, i kudłom,
zaczyna mi stygnąć me gorące źródło.
Jak kiedyś w kąpieli
małpa rzekła świetnie:
trzeba czmychać z wanny
zanim kra ją zetnie.
Otrząsam się z wody. Dość tej egzotyki.
Pai rā, Wellingtony. Bless bless, Reykjaviki.
Nie świadom wiz, granic,
ni świata ogromu,
wyskakuję z wanny,
i już jestem w domu.
Z powrotem