ODZWYCZAJENIE
Od alkoholu bardzo łatwo się odzwyczaić.
Jeśli przez rok zaledwie do ust nie wezmę drania,
niechęci, dreszczy, lęków, i wstrętów całej zgrai
muszę się oprzeć w drodze do od-odzwyczajania.
Najgorzej jest gdy sprawy zajdą już za daleko.
Kieliszki, nieużyte, w kąt pójdą lub poginą,
a ja pić zechcę tylko kakao albo mleko.
Butelki mchem porosną, jak również pajęczyną.
Raz mi się przydarzyła całkiem poważna draka,
kiedy się domagałem szynki w barze z wyszynkiem,
za żadne skarby świata nie chciałem pić karniaka,
wolałem konia z rzędem niźli koniaku skrzynkę.
Na szczęście ktoś się spostrzegł, że to ostatnia chwila,
i by mą jaźń ocalić, poważnie już steraną,
z delirium delikwenta co flaszki nie wychyla,
w te pędy w trybie pilnym na przywyk skierowano.
Połknąłem swoją dumę gdy byłem na przywyku,
przyznam to całkiem szczerze, bez fałszu i wykrętów,
musiałem zwalczać słabość, stopniowo, łyk po łyku,
i do Anonimowych przystąpić Abstynentów.
Moją niedyspozycję udało się pokonać.
Warto jest tu przypomnieć to porzekadło stare,
którego mądrość dawno została potwierdzona,
że nie pić można, owszem, lecz czynić to z umiarem.
Z powrotem